Zgodnie z rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych - RODO) potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych, w tym przechowywanych odpowiednio w plikach cookies Dowiedz się więcej na temat polityki cookies
Klikając przycisk „Przejdź dalej” lub zamykając to okno za pomocą przycisku „x” wyrażasz zgodę na zasadach określonych poniżej:
Zgadzam się na przechowywanie w urządzeniu, z którego korzystam tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie moich danych osobowych pozostawionych w czasie korzystania przez ze mnie z produktów i usług świadczonych drogą elektroniczną w ramach stron internetowych, serwisów i innych funkcjonalności, w tym także informacji oraz innych parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach dostosowania do potrzeb poprawy bezpieczeństwa, statystycznych i reklamowych. Możesz zmienić ustawienia obsługi cookies w przeglądarce internetowej. Korzystając z naszych stron bez zmiany tych ustawień wyrażasz zgodę na wykorzystanie przez nas plików cookies. Dowiedz się więcej na temat ochrony danych osobowych

Zakmnij Zakmnij
Facebook Twitter Youtube Instagram Issuu Flickr

Loading script and Flickr images

Wywiad Tygodnia

Nasza filharmonia – orkiestra, melomani, wielkie osobowości

Fot. Filip Kowalkowski

Rozmowa z Edwardem Piórkiem, emerytowanym muzykiem Orkiestry Symfonicznej Filharmonii Pomorskiej, która świętuje 60-lecie swojej siedziby; pan Piórek był puzonistą Orkiestry Symfonicznej FP w latach 1974-1997

 

Jakie jest pańskie najdawniejsze wspomnienie związane z początkami pracy w FP?

 

Zacząłem pracę w filharmonii w 1974 roku, ale wielu moich starszych kolegów własnymi rękoma budowało gmach. Stanisław Błażejak, Bolesław Chruściński i Roman Kamiński to trzej ostatni żyjący jeszcze muzycy, którzy byli od początku przy budowie. Niedawno zmarł Jerzy Pliszka. Opowiadał, że w wolnym czasie przychodzili na budowę i pracowali fizycznie. Mieli pokrwawione ręce od wkładania waty szklanej do pustaków. Orkiestra nie miała swojego lokum, więc muzycy chcieli, żeby gmach jak najszybciej powstał.

 

Zanim trafiłem do filharmonii, grałem w Orkiestrze Reprezentacyjnej Pomorskiego Okręgu Wojskowego oraz w Orkiestrze Opery i Operetki Bydgoskiej. W maju 1974 roku zgłosiłem się na przesłuchania, które prowadził dyrygent Antoni Wit, ówczesny dyrektor artystyczny Wielkiej Orkiestry Symfonicznej Filharmonii Pomorskiej (taką nazwę miała wtedy ta orkiestra), i zostałem przyjęty. Pierwszy koncert jako etatowy puzonista grałem pod dyrekcją właśnie Antoniego Wita, jednym z utworów była I Symfonia Mahlera. Próby odbywały się w sali koncertowej filharmonii. Jako muzycy mieliśmy świadomość, że pod dyrekcją Antoniego Wita zaczyna się nowy okres w dziejach orkiestry.

 

Fot. Filip Kowalkowski

 

Jakie inne wydarzenia wspomina pan szczególnie?

 

Do dziś pamiętam, jak z dyrektorem Witem w latach 70. graliśmy „Missa Solemnis” Beethovena. Piękna muzyka, bardzo trudna. Przy filharmonii działał wtedy wspaniały chór Arion, którego szefem był Antoni Rybka. Mogliśmy wykonywać z nim utwory oratoryjno-kantatowe. Z Antonim Witem graliśmy zupełnie nowy repertuar, dotąd w filharmonii niewykonywany - symfonie Mahlera, Brucknera, poematy symfoniczne Ryszarda Straussa. Dla mnie to była nowość i zawsze duże przeżycie. Grało się z ogromnym zaangażowaniem i sentymentem.

Do dziś w filharmonii wspomina się koncerty prowadzone przez Jerzego Maksymiuka, bo dyrygent zawsze nas zaskakiwał. Na przykład, potrafił przed koncertem przybić do pulpitu młotkiem plan dla orkiestry. Miał w nim rozpisane dokładnie, co do 5 minut, co i kiedy będziemy grali. Było to nawet sensowne, bo każdy muzyk wiedział o jakiej porze ma przyjść na próbę i nikt nie musiał czekać. Jerzy Maksymiuk to jest dziś zupełnie inny człowiek. Gdy był młody, był bardzo energiczny. 

 

Do filharmonii zjeżdżało [w tamtym czasie] wielu wspaniałych artystów, choć była komuna i wszędzie brakowało pieniędzy. Na zaproszenie solistów i dyrygentów z najwyższej półki zawsze się jednak znajdowały. W bydgoskiej filharmonii występowali przecież Leopold Stokowski – szef Orkiestry Filadelfijskiej, Sidney Harth – świetny skrzypek i dyrygent, Dawid Ojstrach, Roberto Benzi, Artur Rubinstein, Witold Małcużyński. Światowe nazwiska bywały tu bardzo często.

 

Fot. Filip Kowalkowski

 

Z całą pewnością zetknął się pan z kierującym FP w latach 1953-1991 Andrzejem Szwalbe, dzięki któremu instytucja ta powstała i stała się znaczącym miejscem na muzycznej mapie Polski i Europy. Jaki był? Co w muzyce preferował? Co w jego osobowości utkwiło panu w pamięci?

 

Andrzej Szwalbe to był dobry szef i porządny człowiek. Bardzo dużo załatwiał nie tylko dla filharmonii i miasta, ale także dla swoich pracowników. Czuwał nad naszymi sprawami bytowymi, jak trzeba było – załatwiał nawet mieszkania. Wielu muzyków ściągał z całej Polski, kusząc ich tymi mieszkaniami, bo jeszcze wtedy w Bydgoszczy nie było uczelni muzycznej. Mojej rodzinie również pomógł. Należałem do spółdzielni mieszkaniowej i na zebraniu dowiedziałem się, że będę czekał na mieszkanie 13 albo 14 lat. Poszedłem do dyrektora Szwalbego i w ciągu trzech miesięcy je miałem.

 

Na co dzień jako muzycy nie mieliśmy z dyrektorem Szwalbe kontaktu, bo zawsze orkiestra miała swojego szefa artystycznego, ale gdy ktoś chciał się z nim spotkać i porozmawiać, zawsze znalazł dla niego czas. To był człowiek bardzo zajęty, który bardzo dużo pracował. Nawet w niedziele go spotykaliśmy, gdy wpadaliśmy do filharmonii poćwiczyć. Na nasze koncerty też zawsze przychodził – miał swoje miejsce na samej górze widowni, w rogu.

 

Fot. Filip Kowalkowski

 

Czym się różni publiczność z pierwszych romantycznych czasów filharmonii i ta, którą pamięta pan z czasów, gdy Pan koncertował, od tej współczesnej.  

 

Na publiczność nigdy nie mogliśmy narzekać. W latach 70. i 80. sala zawsze była pełna. Publiczność była oczkiem w głowie dyrektora Andrzeja Szwalbego. Od początku dbał o nią i bardzo zależało mu, by wychowywać kolejne pokolenia melomanów. Dlatego też organizował cykliczne  koncerty w szkołach i audycje dla dzieci i młodzieży w filharmonii, podobne odbywają się zresztą do dziś. Pamiętam, że graliśmy w czwartki w filharmonii specjalne koncerty dla szkół.

 

Filharmonia zawsze miała też wielu wiernych melomanów, niektórzy chodzili na wszystkie koncerty. Najwięcej na widowni zasiadało lekarzy. Mistrzem jest wśród nich Marian Geppert, który jest z żoną w filharmonii zawsze – znają go wszyscy muzycy.

 

 

16 listopada 2018 r.

BIP Kujawsko-Pomorskie konstelacje dobrych miejsc